Miłosierdzie, prawda, sprawiedliwość, czyli czego nam najbardziej potrzeba…

Konferencja wygłoszona podczas Kursu Wiedzy Religijnej przez ks. prof. Dariusza Kowalczyka SJ

Największy atrybut Boga

José Tapiró y Baró „Miłosierny Samarytanin”

W Nowym Testamencie znajdujemy „definicję” Boga. „Bóg jest miłością” – stwierdza Apostoł Jan (1 J 4,8.16). To stwierdzenie oznacza, że Bóg kocha człowieka, że zaprasza nas do wiecznej wspólnoty miłości. Ale nie tylko. Bóg jest bowiem miłością odwieczną sam w sobie. Był miłością także wtedy, gdy świat jeszcze nie istniał.

Bóg, który objawił się nam w Jezusie Chrystusie, nie jest doskonałym, ale samotnym Absolutem, jakąś wszechmogącą Monadą, ale jest wspólnotą miłości Ojca, Syna i Ducha, trzech różnych Osób, ale tak ze sobą zjednoczonych, iż są jednym Bogiem, a nie trzema Bogami.

Siostra Faustyna w swoim „Dzienniczku” mówi o tej tajemnicy m.in. w taki oto sposób: „Widziałam w duchu Trzy Osoby Boskie, ale jedna Ich Istota. […] Miłość Jego przeniosła mnie w to poznanie i złączyła mnie ze sobą. […] Szczęście, jakie tryska z Trójcy Przenajświętszej, uszczęśliwia wszystko, co jest stworzone” (nr 911).

Ale w „Dzienniczku” siostra Faustyna stwierdza także :

„O, jak wielkie jest miłosierdzie Pańskie, ponad wszystkie przymioty Jego; miłosierdzie jest największym przymiotem Boga” (nr 611).

Sam Jezus przykazuje Faustynie: „Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga” (nr 301).

Skoro jednak, sam św. Jan mówi, że Bóg jest miłością (agape) to czyż nie byłoby bardziej właściwe powiedzieć, że to miłość jest największym przymiotem (cechą) Boga, a miłosierdzie wypływa z miłości?

Z pomocą może nam tutaj przyjść francuski jezuita, François Varillon, który zauważa, że miłość nie jest jednym z Bożych przymiotów, ale wszystkie przymioty Boskie są przymiotami miłości, która jest istotą Boga.

Bóg nie jest miłością w takim sensie, jak jest sprawiedliwością, mocą, świętością. To miłość jest święta, wszechmocna, sprawiedliwa… Innymi słowy, nie stawiamy miłości obok innych przymiotów Boga, ale mówimy, że Bóg jest miłością, a opisując tę miłość wskazujemy na różne jej przymioty. Wśród tych przymiotów największe jest – jak tego doświadczyła siostra Faustyna – miłosierdzie, mające swój fundament w miłości, która jest tożsama z odwiecznym, wewnętrznym życiem Boga, czyli Jego istotą.

Apostołka miłosierdzia zapisała w swoim „Dzienniczku”: „Miłość Boża kwiatem – a miłosierdzie owocem” (nr 949). W innym zaś miejscu stwierdza: „Bóg jest miłością, a miłosierdzie jest Jego czynem, w miłości się poczyna, w miłosierdziu się przejawia” (nr 651).

Można by powiedzieć, że miłość owocuje miłosierdziem, kiedy styka się ze słabością, a przede wszystkim z grzechem. Bóg kocha i pragnie być przez człowieka kochany, ale gdy zostaje przez tegoż człowieka odrzucony, to Jego miłość staje się miłością miłosierną. Szczytem objawienia tego rodzaju miłości jest krzyż, z którego odrzucony, wyśmiany i ukrzyżowany Jezus modli się za swoich prześladowców: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).

Bóg w samym sobie nie jest miłosierdziem, jest miłością. Ojciec nie jest miłosierny wobec Syna, kocha Syna… Ta odwieczna miłość staje się miłosierdziem w spotkaniu ze stworzeniem.

Papież Franciszek zaraz po wyborze we mszy sprawowanej w leżącym na terenie Watykanu kościele parafialnym św. Anny stwierdził: „Najmocniejszym przesłaniem Boga jest dla mnie miłosierdzie”. I przekonywał, że „Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem nam. To nas męczy proszenie Go o wybaczenie. Prośmy o tę łaskę, byśmy nigdy nie nużyli się naszą prośbą o przebaczenie”.

Ten sam wątek podjął papież Franciszek podczas pierwszej modlitwy Anioł Pański. Wspomniał rozmowę z pewną starszą kobietą, która do niego podeszła, by się wyspowiadać. „Ale pani pewnie nie ma grzechów” – rzekł biskup Bergoglio. „Wszyscy mamy grzechy” – odpowiedziała staruszka. „A jeśli Pan ich nie przebaczy” – prowokował biskup. Na co kobieta odpowiedziała, że Pan wszystko przebacza. Zapytana, skąd to wie, stwierdziła: „Jeśliby Bóg nie przebaczał, świat by nie istniał”.

Kapitalne zdanie! Przypominają się tutaj Boże słowa z „Dzienniczka” Faustyny: „Wszystko, co istnieje, jest zawarte we wnętrznościach mojego miłosierdzia głębiej niż niemowlę w łonie matki” (nr 1076). Wszystko, co istnieje, bo gdyby coś miało być poza Bożym miłosierdziem, to po prostu by nie istniało. Dotyczy to także piekła.

Mielizny miłosierdzia

"The Return of the Prodigal Son" Guercino

Miłosierdzia nigdy za dużo. Może być jednak za dużo gadania o miłosierdziu. Pojawia się bowiem niebezpieczeństwo, że miłosierdzie stanie się swoistym wytrychem do wszystkiego. A miłosierdzie do wszystkiego może okazać się miłosierdziem do niczego.

W rozmowie z Radiem Watykańskim kard. Kasper stwierdził: „Często mówiliśmy o Bogu, który karze, grozi, o Bogu zemsty. To wszystko znajduje się w Starym Testamencie, ale nie ma już tego u Jezusa”. Niewątpliwie były okresy w dziejach Kościoła, kiedy w przepowiadaniu na pierwszy plan wysuwał się obraz Boga srogiego sędziego. Tyle że to było dawno. Po Soborze Watykańskim II wcale nie mówiono często o Bogu zemsty. Ani Paweł VI, ani Jan Paweł II, papież miłosierdzia, ani Benedykt XVI, który napisał piękną encyklikę „Deus caritas est” (Bóg jest miłością) nie mówili o Bogu, który nam grozi, choć oczywiście nie bagatelizowali rzeczywistości grzechu.

Orędzie miłosierdzia nie oznacza żadną miarą, że przestajemy zło nazywać złem, a grzech grzechem, że uśmiechamy się do złej gry, aby nie zepsuć politycznie poprawnej atmosfery. Jezus nie potępił jawnogrzesznicy, bronił jej przed oskarżycielami, ale na koniec powiedział: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11). A zatem grzech nazwał grzechem i wezwał do zmiany życia. Jezus nie stwierdził, że każdy ma swoją prawdę i swoje wybory moralne, i że w ogóle nie ma sprawy… Bo zło istnieje i trzeba je nazwać.

Środowiska katolickie zwane niekiedy „postępowymi” od lat stawiają tę samą diagnozę i proponują to samo lekarstwo. Diagnoza brzmi: Ludzie przestają chodzić do Kościoła, bo Kościół nie nadąża za postępem i nowoczesnością, jest za surowy, nie jest miłosierny.

Lekarstwem w tej sytuacji ma być modernizacja Kościoła, uczynienie nauki Kościoła łatwiejszą, co oznacza m.in. liberalizację nauczania moralnego. Trzeba inaczej spojrzeć – twierdzi kato-postępowiec – na współżycie przedmałżeńskie, homoseksualizm, zapłodnienie in vitro, rozwody itp.

Katolicyzm postępowy używa od lat słów-wytrychów, z których najbardziej popularnym jest „otwartość”. Trzeba być otwartym na innych, trzeba budować „Kościół otwarty”. Otwartość, w przeciwieństwie do bycia zamkniętym, kojarzy się pozytywnie. Problem w tym, że w praktyce oznacza to często otwartość na szkodliwe idee urządzania świata.

Mam wrażenie, że na naszych oczach dokonuje się wykuwanie nowego słowa-wytrychu. Chodzi o „miłosierdzie”, które jest coraz częściej używane, by usprawiedliwiać lewicową liberalizację Kościoła. Tymczasem autentyczne miłosierdzie Jezusowe idzie zawsze w parze z prawdą i ewangelicznym radykalizmem. Bo miłosierdzie to nie liberalizacja, ale dawanie do końca szansy nawrócenia.

Jaka jest różnica między kluczem a wytrychem? Między innymi taka, że klucza używa gospodarz, a wytrycha używają złodzieje, by splądrować dom. Bywa, że wytrycha używają upoważnieni do tego ludzie, kiedy na przykład ktoś zgubi klucz. Jestem jednak przekonany, że w Kościele klucz miłosierdzia nie został zgubiony, abyśmy mieli używać jakichś wytrychów miłosierdzia. Ów prawdziwy klucz znajdujemy w Ewangelii, ale także „Dzienniczku” Siostry Faustyny i zapoczątkowanych przez nią formach kultu Bożego Miłosierdzia.

Mam, niestety wrażenie, że pojawili się tacy, którzy zaczęli używać wytrychów, sądząc, iż propagują miłosierdzie. Dlatego słuszny był głos uczestniczącego w Synodzie arcybiskupa Rygi, Zbigniewa Stankiewicza: „Nie można wypełniać pojęcia miłosierdzia treścią oderwaną od prawdy, sprawiedliwości, żywej Tradycji Kościoła”. W przeciwnym razie głosimy nie miłosierdzie, ale takie pseudo-katolickie „róbta, co chceta”, „każdy musi odkryć swoją prawdę”, albo „nie osądzajmy”.

Czy problemem współczesnego Kościoła, który w każdym zakątku czci Boże Miłosierdzie wedle objawień siostry Faustyny, jest naprawdę zapomnienie o tym, że Bóg objawił się jako miłość? Czy głównym duszpasterskim mankamentem jest to, że ludzie boją się Boga, którego głoszą kaznodzieje? W ciągu 50-lat swego życia niczego takiego nie zauważyłem.

A może takie problemy istnieją w Kościele niemieckim, którego reprezentantem jest kard. Kasper? Niemcy opuszczają Kościół, bo jest on zbyt surowy? Mam wrażenie, że sprawy mają się akurat odwrotnie. Problemem jest katolicki liberalizm, pseudo-otwartość, kiedy trzeba by uderzyć pięścią w stół, uleganie modom świata, itd.

Trzeba wciąż głosić Boże miłosierdzie, tyle że należy też wziąć pod uwagę fakt, iż wielu ludzi stoi z dala od nauczania Kościoła nie dlatego, że boi się surowego Boga, ale dlatego, że nie zamierza zmienić swojego stylu życia i grzesznych przyzwyczajeń. Podoba im się mowa o miłosiernym Bogu, tyle że chcą ją rozumieć w tym sensie, że oto Bóg poklepuje człowieka po plecach i mówi mu: „Rób, bracie, co chcesz, a ja na końcu i tak wszystkich zbawię, bo jestem miłosierny”. Wydaje mi się, że grzech przeciętnego Kowalskiego nie polega na niewierze w Miłosierdzie, ale na stawianiu Boga na marginesie swego życia i traktowaniu Go jako kogoś, kto – bez zadawania zbędnych pytań – zrobi nam dobrze po śmierci. Dlatego przekonuje mnie wizja Benedykta XVI, który stwierdził, że podstawowym wyzwaniem jest to, aby „Bóg znowu znalazł się na pierwszym miejscu”.

„Jest skandalem – stwierdza kard. Kasper – że przez wielu ludzi na zewnątrz Kościół jest postrzegany jako niemiłosierny. Kościół musi to zmienić”. Być może, ale na czym ten skandal w swej istocie polega? Czy na tym, że Kościół rzeczywiście jest niemiłosierny, czy też może na tym, że człowiek odrzuca konkretne wezwania do nawrócenia, czyli min. do odwrócenia się od swoich grzechów, a dla uspokojenia sumienia nazywa owe wezwania „niemiłosiernymi”? „Nie cudzołóż” – głosi Kościół. „Ach! Cóż to za niemiłosierny dyktat!” – odpowiada cudzołożnik. Czy w tej sytuacji ma się zmienić nauczanie Kościoła, czy może raczej grzeszący człowiek?

Miłosierdzie i sprawiedliwość

Pojawia się tu temat miłosierdzia i sprawiedliwości: z ludzkiego punktu widzenia jest tu jakaś jakby sprzeczność…

Lecz w Bogu nie ma żadnej sprzeczności; miłosierdzie i sprawiedliwość nie ograniczają się nawzajem…

Benedykt XVI w „Spe salvi” napisał:

„Bóg jest sprawiedliwością i zapewnia sprawiedliwość. To jest nam pociechą i nadzieją. Jednak w Jego sprawiedliwości zawiera się również łaska. Dowiadujemy się o tym, kierując wzrok ku Chrystusowi ukrzyżowanemu i zmartwychwstałemu. Obydwie – sprawiedliwość i łaska – muszą być widziane w ich właściwym wewnętrznym związku. Łaska nie przekreśla sprawiedliwości. Nie zmienia niesprawiedliwości w prawo. Nie jest gąbką, która wymazuje wszystko, tak że w końcu to, co robiło się na ziemi, miałoby w efekcie zawsze tę samą wartość. Przeciw takiemu rodzajowi nieba i łaski słusznie protestował na przykład Dostojewski w powieści Bracia Karamazow. Na uczcie wiekuistej złoczyńcy nie zasiądą ostatecznie przy stole obok ofiar, tak jakby nie było między nimi żadnej różnicy”.

Miłosierdzie nie może być więc zwykłą pobłażliwością. Wszak chodzi o życie lub śmierć.  To nie pobłażliwe machanie ręką, ale walka do końca, by człowiek żył. To nam pokazuje krzyż Jezusa Chrystusa.

Czego oczekujemy od innych?

Podstawą naszej relacji z Bogiem jest Miłosierdzie. A jak jest w relacjach z ludźmi? Czy oczekujemy od innych przede wszystkim miłosierdzia?

W przestrzeni publicznej oczekujemy uczciwości, kompetencji, sprawiedliwości. Czy w naszym społeczeństwie jest jakiś szczególny głód miłosierdzia? Dostrzegam raczej głód prawdy. W relacjach towarzyskich oczekujemy szacunku, życzliwości, przyjaźni. Jeśli chodzi o najbliższych, to chcielibyśmy być przez nich po prostu kochani. O miłosierdziu mówi się niekiedy w odniesieniu do przyrody. Ale przecież tu nie chodzi o miłosierdzie, bo przyroda nic nie jest nam winna. Chodzi o to, byśmy nie byli głupi i nie niszczyli środowiska, w którym żyjemy. Nie mówmy zatem o miłosierdziu w sytuacji, w której po prostu trzeba zachować się po prostu mądrze czy przyzwoicie.

Nowy arcybiskup Brukseli, De Kesel, stwierdził, że ma pewne obiekcje jeśli chodzi o uwydatnianie miłosierdzia w podejściu do innych ludzi. Dla mnie jest to ważne słowo, ale tak czy inaczej jest ono jednak dość protekcjonalne – podkreślił belgijski hierarcha. Jego zdaniem lepszym punktem wyjścia jest szacunek i uznanie. Jest to wartość, która może być wspólna nam chrześcijanom i dominującej kulturze – mówi nowy arcybiskup Brukseli.

André Frossard zapytał kiedyś Jana Pawła II, które zdanie by wybrał, gdyby miał się udać na bezludną wyspę z tylko jednym zdaniem ewangelii. Ku jego zdumieniu Jan Paweł II nie wskazał żadnego fragmentu mówiącego o miłości i miłosierdziu Boga, lecz przywołał słowa Jezusa: „Prawda was wyzwoli”

Sakrament pojednania i czyny miłosierdzia

Miłosierdzie to m.in. wielki akt łaski Boga wobec grzesznika. Bóg przebaczając stwarza nas jakby na nowo.

„Bóg tworzy z niczego – osobliwe, powiadasz. Tak, oczywiście, ale On czyni coś bardziej osobliwego – z grzeszników stwarza świętych” (Soren Kierkegaard).

Ogłoszony przez Papieża Franciszka Rok Miłosierdzia jest więc dla nas najpierw wyzwaniem do nawrócenia: uznania naszych grzechów, pokuty i skruchy za nie, wyznania ich przed Kościołem i dokonania mocnego postanowienia poprawy.

Tak więc szczera spowiedź może być być najważniejszą celebracją Roku Miłosierdzia. Zaplanować dobra spowiedź (być może spowiedź z całego życia). Doświadczenie miłosierdzia Boga idzie w parze z okazywaniem miłosierdzia bliźniemu. Pomyślę nad tym. Tu trzeba „wyobraźni miłosierdzia”, o której pisał Jan Paweł II w „Novo millennio ineunte”. „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36) – zaprasza nas Chrystus. W praktyce oznacza to przede wszystkim gotowość do przebaczania oraz solidarność z ubogimi.

Sam Jezus nauczył nas modlitwy, w której mówimy: „Przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili” (Mt 6,12). Można by to wezwanie sparafrazować: Okaż nam miłosierdzie, jak i my okazujemy miłosierdzie innym. Nie chodzi tu o to, że Bóg ogranicza swe miłosierdzie na naszą miarę, ale o to, że jeśli sami nie chcemy praktykować miłosierdzia, to nie potrafimy tak naprawdę uwierzyć, że Bóg jest wobec nas bezinteresownie miłosierny.

Szczególnym „miejscem” praktykowania miłosierdzia są ubodzy. Kiedy czytamy mateuszową przypowieść o Sądzie Ostatecznym, to widzimy, że kryterium sądu jest przede wszystkim nasz stosunek do ubogich i potrzebujących: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; […] byłem chory, a odwiedziliście Mnie…” (Mt 25, 35nn).

W Wielkim Poście mówimy o trzech uczynkach: post, modlitwa, jałmużna. Warto praktykować je razem. Np. nie zjeść obiadu, a czas obiedni przeznaczyć na modlitwę; natomiast zaoszczędzone pieniądze wrzucić do puszki na ubogich.

Maryja – Matka Miłosierdzia

Polacy czczą Maryję w Jej wizerunku Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy. To właśnie w Ostrej Bramie w roku 1935 został wystawiony publicznie obraz Miłosierdzia Bożego, namalowany w Wilnie wedle wskazań siostry Faustyny.

Jan Paweł II tak wspominał swą wizytę w Ostrej Bramie:

„Kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: «Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! [...] Jak mnie [...] do zdrowia powróciłaś cudem!». Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał...”.